TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Robert Górski: nie wykluczam, że mój kabaret stanie się anachroniczny

400x300

Robert Górski w „Kabaretowym Klubie Dwójki” (fot. TVP)

– Później okazało się, że to, co jest dobre dla elity niekoniecznie sprawdza się w występach dla szerszej publiczności. Trochę tej literackości musieliśmy zdjąć – mówi Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju o początkach działalności swojej grupy.

Jaka jest geneza Pana zainteresowania kabaretem? Kiedy zorientował się Pan, że może to być interesująca forma działalności?

Robert Górski: – Już jako dziecko miałem potrzebę jakiejś zabawy i dowcipkowania, nie wiem, czy większą niż inni. Może po tacie? On zawsze wiódł prym przy jakichś stołach imieninowych, na imprezach rodzinnych. Ja nigdy nie byłem typem wodzireja, lubiłem raczej robić dowcipy znienacka i niechcący. Potem zacząłem śledzić kabarety w telewizji i jakoś mnie to zainteresowało. Wtedy w ogóle chętnie się oglądało satyryczne programy, bo był to oczywisty sprzeciw wobec władzy. Moi rodzice, którzy z władzą mieli na pieńku, lubili oglądać Laskowika. Poznałem tam żywioł śmiechu, który strasznie mnie ujął. Kabaret to dobra forma, pozytywna, wesoła, pozwalająca komentować różne sprawy na bieżąco. Nie jest formą zamkniętą, jak film czy sztuka teatralna, wręcz przeciwnie: może być gazetą codzienną, transmisją aktualnych myśli. Później zacząłem śledzić różne kabarety w telewizji, choć nie było ich zbyt wiele. Natomiast kiedy kończyłem technikum, przygotowaliśmy na studniówkę jakieś takie para kabaretowe przedstawienie. Rymowałem sobie różne wesołe wierszyki. Potem na polonistyce spotkałem się z ludźmi, którzy mieli podobne zainteresowania. Na początku chcieliśmy być poetami, a ponieważ ludzie, którzy piszą wiersze tak jak Tuwim, bawią się tak jak on kabaretową, lekką formułą, my także do niej sięgneliśmy. Okazało się, że te wesołe wierszyki cieszą się większą popularnością niż te poważne. Potem zmieniło się to w pierwsze próby skeczy i w ten sposób wszystko się zaczęło. To, co miało być zabawą, stało się (teraz, kiedy mam 41 lat, mogę to powiedzieć) pomysłem na całe życie.

Studiował Pan polonistykę. Wiadomo, że tekst kabaretowy przynależy to tradycji literackiej, czego dowodzi twórczość Boya-Żeleńskiego, Hemara i innych. Jakie formy kabaretowe były Panu szczególnie bliskie? Czy bliżej Panu było do kabaretu literackiego, czy raczej ludowego, popularnego? Czy polonistyka pomagała i pomaga Panu w wyszukiwaniu jakichś wątków?

R.G.: – Myślę, że bardzo, bo jednak telewizja to byli głównie Laskowik i od czasu do czasu jakiś Dudek i w gruncie rzeczy w kółko powtarzano kilka tych samych skeczy. W połowie lat osiemdziesiątych pojawił się kabaret Potem i wtedy było to wreszcie coś nowego. Polonistyka pozwoliła mi dotrzeć do Gałczyńskiego, do Tuwima, do przedwojennego kabaretu. Człowiek młody jest bardzo wrażliwy na te rzeczy, więc pochłanialiśmy wszyscy tego Gałczyńskiego, Tuwima i Skamandrytów w ogóle. Byliśmy wtedy zafascynowani poezją, także tą lżejszą. Sami chcieliśmy taką tworzyć. Nasz pierwszy program, którym zdobyliśmy grand prix w Krakowie, był bardzo literacki, inspirowany przedwojennym kabaretem literackim. Pojawiły się nawet wobec nas podejrzenia, że wyszperaliśmy gdzieś przedwojenne teksty i podając je jako swoje pokazaliśmy na festiwalu. Takie były początki, a później okazało się, że to, co jest dobre dla elity, niekoniecznie sprawdza się w występach dla szerszej publiczności. Trochę tej literackości musieliśmy zdjąć.

Czasami ludzi kabaretu pyta się o to, jak zmienia się poczucie humoru widzów. Czy zauważa Pan zmiany w tym, co ludzi śmieszyło pięć lat temu, siedem, jeszcze wcześniej, a co dzisiaj?

R.G.: – Kiedy zaczynaliśmy wielką popularnością cieszył się kabaret polityczny, chociaż był to już właściwie jego zmierzch. To było po tym, jak Jan Pietrzak startował na prezydenta. Panowało pewne zamieszanie, bo starej władzy już nie było, a nowej nie wypadało krytykować. I tu pojawił się kabaret Potem, który był kabaretem młodego pokolenia, który celowo zrezygnował z tematów politycznych na rzecz absurdu, klimatów „Zielonej Gęsi” Gałczyńskiego. Kabaret Potem był potem naśladowany. To taki rodzaj sinusoidy: młode kabarety zrezygnowały z polityki na rzecz żartu obyczajowego, absurdu. Następnie zaznaczył się powrót do polityki, a ostatnio widownia znów jest otwarta na humor abstrakcyjny, absurdalny, Monty Pythonowski, wyrafinowany, mało dosłowny.

Czy mając określone sympatie i antypatie polityczne trudniej jest śmiać się z tych, których się lubi niż z tych, których się nie lubi? A może nie ma to znaczenia dla artysty kabaretowego?

R.G.: – Na pewno łatwiej żartuje się z tego, kogo się nie lubi. Bywa jednak tak, że kabaret po wyczuciu nastroju publiczności dostosowuje się do niej i odsuwa na bok swoje poglądy. Najłatwiej jednak jest żartować z postaci wyrazistych, niezależnie od tego jaką opcje reprezentują. Przez długi czas premier Donald Tusk był „nieżartowalny”, wyglądało na to, że żarty się go nie imają, ze jest „teflonowy”. Z czasem okazało się jednak, że władza zużywa i premier nie jest już tak bardzo „teflonowy”.

Kończył Pan technikum. Czy to znaczy, że w młodości miał Pan raczej zamiłowania techniczne, nie humanistyczne?

R.G.: – To była decyzja rodziców, którzy uważali, że trzeba mieć w ręku konkretny fach, a liceum to szkoła dla sekretarek. A ponieważ nie chciałem być sekretarką, poszedłem do technikum, szkoły dla prawdziwych mężczyzn, wśród których spędziłem pięć lat. Przyjemnie, ale skończyłem ją z przeświadczeniem, że ze sprawami technicznymi nie chcę mieć już do czynienia. Odkryłem w sobie żywioł humanistyczny.

Nauczyciele prowokowali Pana do żartów. Czy byli też tacy, którzy inspirowali pozytywnie?

R.G.: – Kimś takim był mój najukochańszy profesor, nauczyciel języka polskiego pan Piątkowski, mój wzór. Był to tak miły, elokwentny i pełen erudycji człowiek, że z jego powodu postanowiłem zdawać na polonistykę.

Ostatnio ukazała się książka „Jak zostałem premierem”, czyli wywiad-rzeka z Panem. Czy myśli Pan o tym, żeby zacząć pisać teksty już nie tylko użytkowe, do kabaretu, ale jako samoistną literaturę satyryczną?

R.G.: – Kto wie? Praca w kabarecie wiąże się z dużym wysiłkiem, z koniecznością częstego jeżdżenia z występami po kraju, często w dość przaśnych warunkach, choć standard się poprawia. Czasem jednak po wielodniowych podróżach bolą kości, więc bywa, że marzy mi się spokojniejsza praca, literacka na przykład. Może scenarzysty, bo to mnie najbardziej interesuje albo komediopisarza.

O podróżach kabaretów po kraju krążyły kiedyś legendy. Czy obecnie te wyprawy są tak samo barwne?

R.G.: – Obawiam się, że kiedyś było barwniej. Czytałem wspomnienia Stefanii Grodzieńskiej, które są kopalnią barwnych anegdot z tamtych czasów. Rzeczywistość była bardziej szara i straszniejsza, więc i reakcja na nią była silniejsza, mocniejsza. Dowiedziałem się też kiedyś ze zdumieniem, że kabaret Tey zatrudniał nawet striptizerkę, która ubarwiała ich program. My nie zrezygnowaliśmy co prawda z alkoholu, ale to już chyba nie jest to samo, co kiedyś.

Jakie upodobania miał Pan jako czytelnik i polonista w czasie studiów? Wolał Pan, na przykład, romantyzm czy pozytywizm?

R.G.: – Zacząłem od Kochanowskiego i przeczytałem wszystko, co napisał. Bardzo mi się podobało, że poeta piszący ponad czterysta lat temu był tak dojrzały literacko. To ojciec literatury polskiej, i zabawny, i wzruszający. Próbowałem potem czytać Mikołaja Reja, ale nie udało się. Jego polszczyzna jest już dziś nie do przejścia. A Romantyzm wolałem od Oświecenia i Pozytywizmu. Najbardziej jednak interesowała mnie literatura współczesna, XX wiek. Pracę magisterską napisałem o „pokoleniu brulionu”, o Świetlickim, o Podsiadle.

W jakim kierunku idzie kabaret?

R.G.: – Kabaretów jest coraz więcej, ale od kilku lat nie pojawiła się żadna grupa, która weszłaby do czołówki. My zaczynaliśmy podczas wielkiej fali objawień: a to Krosny, a to Mumio, było w czym wybierać. Ci najmłodsi bardzo liczą się z telewizją, więc nastawiają się na widowiskowość. Nie wykluczam, że mój kabaret stanie się anachroniczny, bo polega na tym, że stoi dwóch jegomościów, nieszczególnie przebranych i gadają. Może taka forma stanie się dla młodych ludzi przeżytkiem. Może też stać się tak, że internet przejmie rolę kabaretu. Niektórzy pojawiający się tam młodzi kabareciarze mają ogromną oglądalność. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak to się zmienia. Ostatnio pojawił się niejaki Cezik, którego nie znam, ale młodzi go podobno uwielbiają. A ponieważ forma narzuca treść, więc możliwe, że to internet uformuje kabaret przyszłości.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz