TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Robert Górski: ludzie na ulicy mówią do mnie per „Panie Premierze”

400x300

Posiedzenie rządu Premiera Roberta Górskiego (fot. TVP)

– Może i dobrze się złożyło, że ta książka ukazała się właśnie teraz, kiedy przeżywam apogeum swojej sławy jako Pan Premier – mówi Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju, prowadzący w TVP 2 z Marcinem Wójcikiem „Kabaretowy Klub Dwójki”.

Ukazała się właśnie książka zatytułowana „Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne Moralnego Niepokoju”. Czy to oznacza, że w Pana życiu miał miejsce jakiś punkt przełomowy?

Robert Górski: – Nic takiego specjalnego się nie wydarzyło. Minąłem czterdziestkę, czyli smugę cienia, ale nie zrobiło to na mnie specjalnego wrażenia. Może to, że jako polonista zawsze chciałem wydać książkę, chociaż myślałem o innym gatunku. Sądziłem, że napiszę powieść, a doszło do tego, że ukazuje się rozmowa ze mną, ale z daleka wygląda to jak normalna książka. Jestem nawet z niej zadowolony, jak sobie popatrzę, jak stoi na półce.

Czyja to była inicjatywa, Pana czy pańskiego rozmówcy?

R.G.: – Nie jestem na tyle zuchwały, żeby samemu chodzić po wydawnictwach z propozycjami. Rozmowę ze mną przeprowadził Mariusz Cieślik i to był jego pomysł. Nie bardzo wierzyłem, że tak znakomite wydawnictwo jak Znak zainteresuje się rozmową ze mną, ale doszło do tego i potem już nie było odwrotu. I tak to się zaczęło. Mariusz mnie pytał, a ja jestem kulturalnym człowiekiem, którego mama uczyła odpowiadać jak ktoś pyta, no więc odpowiedziałem na wszystkie jego pytania. Ktoś to zredagował, a byłem pewien, że w Znaku tak to zredagują, że nie wyjdę na kompletnego osła. Zaufałem im bezgranicznie i efektem tego jest książka.

Czyli mniej więcej wszystko się tam zgadza?

R.G.: – Przyjąłem taką linię obrony i będę się jej trzymał.

Program „Kabaretowy Klub Dwójki”, który prowadził Pan wspólnie z Marcinem Wójcikiem, cieszył się sporym zainteresowaniem widzów. Z czego wynika fakt, że znika z anteny?

R.G.: – Widzę, że rozeszła się ta wiadomość. Może więc dobrze się złożyło, że ta książka ukazała się właśnie teraz, kiedy przeżywam apogeum swojej sławy jako Pan Premier. Tak się do mnie zwracają ludzie na ulicy. Wczoraj, kiedy wracałem do domu po udziale w którymś z porannych programów telewizyjnych, zaczepiły mnie cztery osoby zwracając się do mnie per „Panie Premierze”. Rzeczywiście, „Kabaretowy Klub Dwójki” po trzech, a nawet czterech latach, licząc jeszcze „Kanapowy Klub Dwójki”, dobiega końca. Z różnych powodów. Ja osobiście miałem już trochę przesyt tej formy. Po tylu latach chyba już się wyczerpała. Poza tym czasem trudno wypełnić co tydzień taką godzinę nowościami. Może nie ma aż tyle dobrego materiału, żeby zapewnić wysoką jakość. Poza tym nie wiem, czy ze strony telewizji była chęć kontynuacji. W tym czasie, przez który program był emitowany, jeszcze nie zdążył się znudzić. Nie chcieliśmy kończyć w sytuacji, kiedy wszyscy tego programu mieliby dosyć, lecz raczej odejść w chwale.

Ale to chyba nie koniec posiedzeń rządu?

R.G.: - Stały się one znakiem rozpoznawczym naszego „Klubu”. Myślę, że będę to kontynuował, tylko nie z częstotliwością raz na tydzień. Złożyliśmy projekt nowego programu w telewizji, który rozrzedza obecność Kabaretu Moralnego Niepokoju i moją. Myślę, że obecnie jest nas zbyt dużo, a jeszcze są powtórki, nad którymi w ogóle nie panujemy. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, premier będzie się pojawiał raz na miesiąc ze swoim rządem, o ile go nie zdymisjonują, albo sam się nie poda do dymisji. Przewagą tego programu będzie emisja na żywo i możliwość komentowania różnych spraw na bieżąco. „Kabaretowy Klub Dwójki” nagrywany był raz w miesiącu w cyklu czteroodcinkowym, więc ten ostatni odcinek czasem opowiadał o sprawach, o których wszyscy już zapomnieli.

Częściowo Pan już o tym mówił, ale się zapytam. Programy w telewizji, występy na żywo, udzielanie wywiadów, pisanie tekstów i cała masa innych rzeczy – jak w takiej sytuacji znajduje Pan czas dla rodziny?

R.G.: – Jest to rzeczywiście kłopotliwa sprawa. Zawsze dozowaliśmy to sobie, żeby nie zwariować, ale tu wiele rzeczy nałożyło się na siebie: i „Kabaretowy Klub Dwójki”, i premiera w teatrze Capitol, ta książka i działania promocyjne wokół niej. Trochę się tego nazbierało, ale na szczęście moja narzeczona jest tolerancyjna, chociaż jej tolerancja też ma swoje granice. Więc już niedługo wszystkie te rzeczy, łącznie z tą rozmową, się skończą.

Jak Pan wspomniał, w Teatrze Capitol możemy oglądać spektakl „Szwedzki stół”. Jak to się stało, że zaangażowaliście się w to przedstawienie?

R.G.: – Wymyślił to mój kolega z kabaretu Mikołaj Cieślak, który jest wizjonerem i poszukiwaczem nowych przestrzeni artystycznych realizacji. Z wiekiem człowiek staje się nie tylko tęższy, ale czuje potrzebę „rozsiąścia” się na innych fotelach niż tylko kabaret. On pomyślał, że takim polem może być teatr. Oczywiście nie teatr dramatyczny, ale jakaś komedia czy farsa. Nasz kolega Marek Modzelewski, który jest obecnie znanym dramaturgiem młodego pokolenia, a wywodzi się z kabaretu, zgodził się napisać taką sztukę. Napisał to z myślą o nas, więc postaci są mocno do nas przyklejone. No i okazało się, że znamy panią Annę Gornostaj z Teatru Capitol i jakoś to wszystko razem się połączyło w spektakl.

Czy premiera spektaklu została przyjęta życzliwie?

R.G.: – W opinii moich znajomych, którzy mówią mi same superlatywy, wyszło bardzo dobrze (śmiech). Ale słyszałem też od innych osób, którym specjalnie nie zależy na tym, żeby mi robić przyjemność, że było dobrze.

Rozumiem, że w Kabarecie Moralnego Niepokoju wszystko jest dobrze, żadnych niepokojów nie ma i Magdalena Stużyńska zaaklimatyzowała się w zespole?

R.G.: – Tak, wbrew nazwie, wszystko jest dobrze. Z Magdą ułożyło się znakomicie, zaczynamy wręcz za sobą tęsknić, jak się długo nie widzimy. Jest pracowita, miła, zdolna, punktualna i nie mam wobec niej żadnych zastrzeżeń. Może czasami jest zbyt nieśmiała, ale większość aktorów tak ma, kiedy przychodzi im się zmierzyć z estradą, bo tutaj wymagamy jednak trochę improwizacji i odwagi. W teatrze człowiek ma wszystko wykute na blachę i może się schować za rolą, a tutaj bywa, że musi być sobą.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz