TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Grupa MoCarta: staramy się zawsze tak samo

400x300

Filip Jaślar i Paweł Kowaluk (fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP)

– Dowiedzieliśmy się, że będziemy schodzić z korony amfiteatru z gitarami. Poza tym zagramy dwa utwory z tzw. ostatniej płyty, czyli z koncertu „Ale CZAD, czyli podróże z Grupą MoCarta”. Będziemy w drugiej i trzeciej części kabaretonu – mówią Filip Jaślar i Paweł Kowaluk z Grupy MoCarta, która wystąpi w Wakacjach z Kabaretem – Szczecin 2014.

Traf chciał, że wszyscy w zespole macie poczucie humoru. Wasze występy wymagają nie tylko perfekcyjnego opanowania smyczków, umiejętności aktorskich i choreograficznych, ale także sprawności fizycznej. Podczas występu jeden z Was przeskakuje przez stojak na nuty…

– Tak, Michał Sikorski ciągle to ćwiczy. Ale jest tak, że każdy człowiek ma jakieś talenty. Dzięki temu, że my się dobrze znamy wiemy, co inna osoba umie robić. I tego używamy.

Skąd się biorą pomysły? Czy jest lider, czy to praca zespołowa?

– Razem pracujemy. Siadamy zwykle w jakimś miejscu, ostatnio jest to zaprzyjaźniona garderoba i sala prób Teatru Syrena. Przynosimy sobie kawę, serniki, jabłeczniki i siadamy sobie przy stole. Gadamy, gramy, piszemy… Chociaż teraz mamy to za sobą. Całkiem niedawno zrobiliśmy premierę koncertu „Ale CZAD, czyli podróże Grupy MoCarta”. Mamy spokój z takimi poważniejszymi próbami na jakieś dwa lata.

Wasza przewaga nad innymi zespołami kabaretowymi polega na tym, że możecie bez problemu występować za granicą. Ten język muzyczny jest uniwersalny. Występowaliście w wielu krajach, m.in. Rosji, Czechach, Chinach, Brazylii, na Tajwanie. Jakie są wrażenia z tych podróży jako MozArt Group?

– Jest na naszą, Polaków,  niekorzyść różnica, jeśli chodzi o znajomość muzyki klasycznej. Trudno tu dociekać dlaczego tak jest. Mamy nadzieję, że za lat kilka to się zmieni i wyrówna. Za granicą, kiedy gramy fragmenty muzyki klasycznej i zmienia się temat np. z Mozarta na Beethovena słychać reakcje publiczności – czy to oklaski, czy jakieś okrzyki. U nas dopiero kiedy się pojawia jakiś utwór muzyki popularnej, czy filmowej to wtedy jest jakaś reakcja.

Chyba jednak są jakieś różnice w reakcjach publiczności w różnych krajach?

– Na przykład rok temu byliśmy w Brazylii i troszeczkę zdziwiła nas reakcja widowni. Myśleliśmy, że to będą jakieś wybuchy śmiechu…

Emocje jak na Mundialu?

– Co najmniej. Mieliśmy wcześniej doświadczenie z Meksyku, gdzie było niesamowicie gorąco. I nie mówię tu tylko o temperaturze na zewnątrz, ale także o odbiorze. A tutaj ta publiczność brazylijska była po prostu uprzejma. I tyle.

Rozumiem, że w przypadku występów zagranicznych macie program oparty na ogólnie znanych hitach muzyki poważnej?

– Obecnie udało nam się zgromadzić utwory, które są w 100 procentach zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Nie musimy już nic modyfikować. Program jest rozumiany przez każdego. Gdy występowaliśmy jeszcze kilka lat temu w Japonii to niektóre fragmenty muzyczne były polskie i publiczność miała prawo być nieco zdezorientowana.
Zakładam, że profesorowie w szkole muzycznej marzyli, żeby ich podopieczni trafili do filharmonii. Czy mają do Was jakieś pretensje, że poszliście nieco inną drogą?

– Na szczęście jest wręcz przeciwnie. Nasi profesowie doceniają, to co robimy. Sami przychodzą na nasze koncerty, jeśli mogą. Zapraszają nas na festiwale, którym szefują. Generalnie, w tym co robimy, staramy się nie przekraczać pewnej granicy i to nam się przez te 19 lat udaje. Dzięki temu możemy śmiało spojrzeć w oczy kolegom z orkiestry z filharmonii, bądź Polskiego Radia. Nasze wizyty na festiwalach muzyki poważnej to nie jest tak, że nagle Grupa MoCarta siada i gra np. kwartet Szostakowicza. Jesteśmy zapraszani jako taka ciekawostka. Chociaż gdy ktoś bardzo poprosi to czasami zdarza nam się zagrać klasycznie – np. towarzyszyliśmy znakomitemu pianiście w kwartecie fortepianowym Mozarta.

Macie swoje samodzielne występy, ale popularność przynosi udział w kabaretonach, czy programach TVP takich jak „Kabaretowy Klub Dwójki”, czy ostatnio „Dzięki Bogu już weekend”…

– Wcześniej jeszcze był „Kraj się śmieje”, w zasadzie nasz sztandarowy. A jeszcze wcześniej zaczęliśmy jeździć do kabaretu Elita do Wrocławia – były to „Wieczory z Elitą”. Dzięki temu, że zaczęliśmy być w telewizji to coraz więcej osób się o nas dowiadywało i zaczęliśmy grać w dużych salach, a wcześniej były kluby studenckie. Telewizja ma nieprawdopodobną moc, bo wystarczy raz, dwa razy pojawić w telewizji i kalendarz zaczyna się zapełniać.

Teraz zbliża się impreza Wakacje z Kabaretem – Szczecin 2014. Zostaliście tam zaproszeni i co będziecie robić?


– Dowiedzieliśmy się, że będziemy schodzić z korony amfiteatru z gitarami. I wystarczy nam chyba to zejście… (śmiech)

No, żeby nie było to zejście definitywne…

– Na to trzeba uważać. Poza tym zagramy dwa utwory z tzw. ostatniej płyty, czyli z koncertu „Ale CZAD, czyli podróże z Grupą MoCarta”. Będziemy w drugiej i trzeciej części kabaretonu.

Atutem tej imprezy są na pewno osoby Roberta Górskiego i Marcina Wójcika jako prowadzących. Jak oni się zeszli to nie wiadomo…

– Oni są razem? Nie wiedziałem… (śmiech)

Wydaje się jednak, że coś jest na rzeczy. W jednym z programów śpiewali „Mój Robercie, mój Marcinie” na melodię „Dumki na dwa serca”, a przy tym trzymali się za ręce i patrzyli sobie głęboko w oczy…

– Oni się bardzo zaprzyjaźnili i polubili. Robert i Marcin reprezentują dwa konkurujące ze sobą bardzo mocne kabarety polskie – Kabaret Moralnego Niepokoju i Ani Mru Mru. Często grali na tych samych imprezach. Później zrobili turniej „W samo południe”, gdzie te kabarety rywalizowały. Tak się zaprzyjaźnili. Wiele lat prowadzili „Kanapowy…”, a później „Kabaretowy Klub Dwójki”. A teraz zobaczymy ich ponownie w Szczecinie.
Podczas swoich występów nie zawahaliście się wykorzystać Waszych dzieci. Sporo ich było na scenie…

– Bolesław Błaszczyk ma czwórkę dzieci, Michał – trójkę, a ja z Filipem po dwójce. Czyli mamy reprezentację narodową na następny Mundial. Trzeba tylko obsadzić na pozycjach. Dzieciaki jako MoCarciątka śpiewały z nami dwa razy. Teksty napisał nam Artur Andrus. Pierwsza piosenka to było „Nie śmiejcie się z taty”. Mimo że Artur sam nie ma dzieciaków, ale rewelacyjnie wszedł w myślenie dzieci, co mogą myśleć, kiedy widzą swoich tatusiów we frakach, udających kaczki, co nam się kiedyś przydarzyło. Dzieciom z jednej strony się to podobało, a z drugiej czuły lekkie zażenowanie.

Czy zdarzają się Wam jakieś wpadki na imprezach?

– Struny pękają co jakiś czas. Było to szokujące za pierwszym razem, bo nie wiedzieliśmy jak zagospodarować te dwie minuty. Problem się robi, jeśli struna pęknie np. na Tajwanie. W Polsce opowie się dwa dowcipy i po problemie. Na Tajwanie to jest kłopot z językiem angielskim, bo nie jest tam za bardzo znany. W Brazylii sobie poradziliśmy jakimś takim angielskim, na ile znamy. Dajemy radę. Są to takie momenty, które publiczność bardzo docenia.
 
Słyszałem, że kiedyś zaskoczyła Was publiczność w Chinach…

– Tak. Raz trafiliśmy do sali koncertowej w niedużym chińskim mieście, gdzie publiczność była kompletnie zdumiona tym, co usłyszała. Wszystkie utwory, które graliśmy usłyszeli po raz pierwszy – i Mozarta, i Bacha, i Michaela Jacksona. Trochę się czuliśmy jak na Marsie. Koncert, który trwa normalnie godzinę i dwadzieścia minut zagraliśmy w czterdzieści pięć. Wiadomo było, że jak nie znają utworów to ich reakcje są takie jakie są – oni nie wypełnili swojego czasu (śmiech). Ale dla nas też to było trochę głupio. Człowiek gra i czeka, że ktoś się zaśmieje. Michał skacze przez ten pulpit a tu cisza. Udaje tego Jacksona a tu nic. Dla nich atrakcyjne było chyba jedynie to, że czterech białych facetów tak ubranych im się kłania.
 
Czy jest jakaś specyfika imprez biletowanych i takich dla firm?

– Różnie z tym bywa. Czasami na imprezach firmowych ludzie bawią się lepiej niż na biletowanych. Ale my staramy się zawsze tak samo.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz