TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Robert Górski: wieloryby i krewetki

400x300

Robert Górski podczas opolskiego Kabaretonu (fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP)

– Widownia tegorocznego Kabaretonu została do samiutkiego końca występów, co jest dla mnie osobiście ważną miarą. Wiem, co mówię, bo widziałem już sytuacje, że na scenie było więcej wykonawców niż widzów na widowni, a to przykre dla obu stron – mówi Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju, koordynator tegorocznego Kabaretonu w Opolu.

Włodzimierz Korcz za najważniejszy Kabareton w historii festiwalu opolskiego uznał ten, w którym rywalizowały takie kabarety jak Pod Egidą, Elita, Salon Niezależnych i Tey. A Pan?

–  To była słynna rywalizacja, ale wiem o tym coś tylko z lektur i przekazu ustnego. Za młody jestem. Nawet nie wiem, czy istnieją nagrania z tego Kabaretonu. Dla mnie Kabareton opolski kojarzy się jednak przede wszystkim z latem 1980 roku, ze słynnym „Z tyłu sklepu”, z Laskowikiem, Smoleniem, Rudim Schubertem. To legenda w historii polskiego kabaretu, do której każdy kabaret musi się jakoś, w taki czy inny sposób, odnieść, a w każdym razie mieć to na spodzie pamięci.

Co Pan jeszcze zapamiętał z czasów dziecięco-młodzieżowego oglądania opolskiego Kabaretonu?

– Zapamiętałem też, z telewizji oczywiście, występy Pietrzaka i Drozdy. Pamiętam atmosferę skupienia przy telewizorze i co rusz wybuchy śmiechu członków rodziny.

Wiele lat później sam dostąpił Pan występu na Kabaretonie, choć, zdaje się, że nie był to debiut zbyt udany…

– Mało udany. To był rok 1997. Do Opola zaprosił nas reżyser Krzysztof Jaślar, ale niestety przepadliśmy. Upchnięto nas po Dańcu przed OT.TO, albo odwrotnie. A tam gdzie walczą wieloryby, krewetki mają połamane kręgosłupy. Spełniliśmy więc pożyteczną skądinąd rolę chwili wytchnienia, w czasie której widzowie mogli pójść po kiełbasę i piwo. Ta porażka nas jednak nie załamała, lecz zmobilizowała. Odeszliśmy od piwnicznego stylu kabaretu ku formom bardziej komercyjnym, dla szerszych mas. To był warunek pozostania na powierzchni.

Czy wśród ludzi kabaretu są podobne ambicjonalne tarcia jak wśród wokalistów, piosenkarzy?

– Wydaje mi się, że między nami jest więcej wzajemnej życzliwości. Jeśli wzajemnie się komentujemy, to życzliwie, żeby zwrócić uwagę na niedociągnięcia czy coś zasugerować. I tak powinno być. Ostatecznie jako kabareciarze musimy mieć poczucie humoru na własny temat, dystans do siebie i autoironię.

Tym razem był Pan także koordynatorem Kabaretonu…

– Tak, już po raz trzeci. Przygotowałem scenariusz i jakąś szczątkową fabułę.
Jak ocenia Pan tegoroczny Kabareton?

– Mam wrażenie, że był udany, a odbiór ciepły, choć ocena należy do widzów. Jednak właśnie widownia została do samiutkiego końca występów, co jest dla mnie osobiście ważną miarą. Wiem, co mówię, bo widziałem już sytuacje, że na scenie było więcej wykonawców niż widzów na widowni, a to przykre dla obu stron.

Czesław Mozil mówił o szczególnie wesołej atmosferze za kulisami. Tak było?

– Nie wiem, co Czesław miał na myśli i do czego – że tak się wyrażę – pił. Ja nie widziałem nic takiego, co sprowokowało by mnie do podzielenia się podobnymi wrażeniami. Może miał na myśli biały namiot, gdzie artyści święcą sukcesy i relaksują się? Niewykluczone, że jako osoba niezbyt obyta w Opolu nie miał jeszcze wystarczającego rozeznania. W takim tłoku i chaosie, jaki zdarza się za kulisami, kiedy można odnieść wrażenie, że w ogóle jest tam za dużo ludzi, każdy może doznawać innych wrażeń, czasem krańcowo odmiennych niż inni. Ja w każdym razie miałem wrażenie ogólnego porządku i dobrej organizacji, bez której Kabareton nie mógłby się odbyć.

Czy widzi Pan przyszłość przed opolskim festiwalem, czy – jak niektórzy – przewiduje Pan jego zmierzch?

– Mam optymistyczne przewidywania, choć bywają festiwale, w tym Kabaretony, lepsze i gorsze. W tym roku z podziwem słuchałem występów starych mistrzów ze starymi, nieśmiertelnymi przebojami. Martwi mnie trochę, że młodemu pokoleniu jakoś nie udaje się wylansować takich przebojów.

Zmieniłby Pan coś w formule Kabaretonu?

– Chodzi mi po głowie pomysł, żeby zamiast zapraszać poszczególne kabarety jako takie, zapraszać konkretne, sprawdzone już, najlepsze skecze, w ramach podsumowania roku.

Za rok także Pan weźmie udział?

– Tego nie wiem. To nie ode mnie zależy. Nie jestem jednak pewien, czy będzie to wskazane. Co za dużo, to niezdrowo. Niedobrze, gdyby wytworzyła się w Opolu kabaretowa monokultura.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz