TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Robert Górski: tutaj karty są na stole

400x300

Robert Górski w programie „Dzięki Bogu już weekend” (fot. Jan Bogacz/TVP)

– „Kabareton” już był zajęty, więc wymyśliłem to „haratanie w gałę”. Uważam za mój osobisty sukces, że rzeczywiście wprowadziłem do obiegu publicznego wspomniany zwrot. Jest to największa radość dla każdego literata, twórcy, człowieka posługującego się słowem – mówi Robert Górski, lider Kabaretu Moralnego Niepokoju.

W tym roku 6 lipca w Szczecinie odbędzie się nie „Kabaretowy Klub Dwójki na Wakacjach”, ale „Wczasy z kabaretem”. Przyczyna jest prosta, bo nie ma już „Kabaretowego Klubu Dwójki”. Co zdecydowało o rezygnacji z tej formuły?

– Myślę, że średnie życie programu telewizyjnego, to właśnie trzy lata. Przez taki czas ludzie są entuzjastycznie nastawieni i mają chęć pracy. Ciągle są jeszcze jakieś możliwe do wdrożenia warianty w tej formule, ale po jakimś czasie to się wyczerpuje. Przychodzi też takie zwyczajne zmęczenie. Chce się po prostu w życiu coś zmienić, a artyści mają potrzebę zmian. Wykiełkował wtedy pomysł takiego programu na żywo, co jest jakby esencją kabaretu. Wszystko co jest na żywo jest bardziej atrakcyjne niż taki program nagrywany. „Kabaretowy Klub Dwójki” nagrywaliśmy w trybie czterech odcinków przez dwa dni. Potem to podlegało montażowi. Nic dziwnego, że czwarty odcinek, gdy był emitowany, był już mocno nieaktualny. To osłabiało siłę takiego programu. I tak powstał program „Dzięki Bogu już weekend”, który dzieje się tu i teraz i można komentować rzecz, która wydarzyła się 5 minut wcześniej. Taka aktualność, to jest dla kabaretu naprawdę  rakietowe paliwo.

Występowanie na żywo musi wywoływać dodatkowe emocje – ta świadomość, że jak będzie „skucha”, to nie można się cofnąć, musi działać mobilizująco…

– To jest szczególna adrenalina. Jak jest „skucha” to wszyscy tę „skuchę” widzą. Jest więc trema, ale nie ma oszustwa i jest pozytywne podniecenie. Widz to czuje, że jesteśmy na łączach bezpośrednich, a jak się ktoś pomyli, to musi spróbować się z tego wygrzebać. Trzeba być błyskotliwym i mieć refleks, żeby w takich sytuacjach dać sobie radę. To jest rzeczywiście „podjarka”…
W tej formule wymagania wobec wykonawców wydają się być wyższe. Kiedy to publiczność wymyśla zadania dla artystów, to do tego nie można się wcześniej przygotować i „pojechać” wyuczonym tekstem…

– Widz widzi, że nie ma oszustwa. W programie montowanym wszystko można zdublować, powtórzyć, zaśpiewać jeszcze raz, połączyć, zmiksować dwie wersje, żeby wyszła równa całość. Tutaj karty są na stole, nikt nie oszukuje, widać kto jest kim, jakie ma poczucie humoru, jak potrafi z niego korzystać, jak bardzo jest błyskotliwy. Trzeba też jednak pilnować, żeby nie „przewalić” czasu antenowego, bo to jest co do sekundy poobliczane. Ale nie można też skończyć za wcześnie, bo wtedy trzeba czymś wypełnić te minuty – „z czapki” trzeba wtedy polecieć. To jest też sprawdzian dla prowadzącego, że mówi się do ludzi jedno, a słyszy się drugie z reżyserki.

Szczególnie gorące emocje i komentarze wywołała część programu skierowana do dorosłej widowni. Rekordy pobił tu monolog Abelarda Gizy z kabaretu Limo, w którym mówił o papieżu…

– Po tym występie wszyscy poczuli, że jest to program na żywo i te słowa rzeczywiście gdzieś tam docierają. Nie uważam tego żartu za jakoś wybitnie kontrowersyjny, żeby miał poruszyć cały kraj. W każdym razie Abelard Giza i Limo stali się największymi beneficjentami całego cyklu. Nastała wręcz jakaś Limomania wśród młodych ludzi i odcinki z ich występami cieszą się ogromną popularnością.

Zyskał taką popularność jak „premier”. Kiedy Pan zaczynał, Donald Tusk cieszył się ogromnym poparciem, dziś – szkoda gadać. Czy czuje się Pan odpowiedzialny za to?

– Nie sądzę, żeby moja łopata zdecydowała. Nie przypisuję sobie takiej zasługi, ani takiej winy, czy takiego wpływu na rzeczywistość. To jednak po stronie premiera leży kwestia jego popularności, czy niepopularności.

Jacek Federowicz wymyślił nazwę „Kabareton”. Pan wymyślił „haratanie w gałę”, które weszło do języka politycznego…

– „Kabareton” już był zajęty, więc wymyśliłem to „haratanie w gałę”. Uważam za mój osobisty sukces, że wprowadziłem do obiegu publicznego wspomniany zwrot. Jest to największa radość dla każdego literata, twórcy, człowieka posługującego się słowem.
Zbliżają się szczecińskie „Wczasy z kabaretem”. Czy polityka też będzie obecna na estradzie 6 lipca?

– Nie do tego stopnia, jak w Opolu. Pojawią się posiedzenia rządu, których pisanie przerwałem, żeby się z panami spotkać. Będzie to tryptyk nawiązujący do lat przedwojennej Polski i do lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Prowadzić będę imprezę wspólnie z Marcinem Wójcikiem z Ani Mru Mru. Na scenie zobaczymy mój osobisty zespół, czyli Kabaret Moralnego Niepokoju, Ani Mru Mru, Łowców.B, Grupę MoCarta. Będzie Zbigniew Zamachowski oraz Andrzej Dąbrowski. Jako przedstawiciele Szczecina występował na imprezie dwukrotnie kabaret Szarpanina. Kabaret ten zawiesił działalność, ale będą obecni jego członkowie. Ten Szczecin to nasze ukochane dziecko, bo powstało na fali popularności „Kabaretowego Klubu Dwójki”. Atmosfera ciągle jest świeża, bo będzie dopiero trzecia edycja, więc i nam, i widowni nie zdążyło się znudzić. Koledzy, którzy tam występują, mówią, że takiej atmosfery nie ma nigdzie indziej. Widownia reaguje żywiołowo i pozytywnie, bo być może przez wiele lat Szczecin był omijany przez kabarety.
 
Czy dla artystów kabaretowych lato jest czasem żniw?

– Może to być czas żniw, ale tylu artystów wyrusza na te żniwa, że ciężko się dopchać z sierpem do tych kłosów. Czasami oferta jest nawet zbyt bogata. Wiele zależy od pogody. Jeździmy tak co roku, choć chętnie bym z tego zrezygnował, bo trochę mnie to męczy.

Jest Pan zaangażowany w cykliczną imprezę „Kabaretowa Noc Listopadowa”. Czy i w tym roku się odbędzie?

– Tak. Wydaje nam się, że potrafimy w tym przypadku pogodzić patriotyzm i satyrę. Polski patriotyzm jest mało wesoły, więc próbujemy to jakoś odczarować. Miło, że TVP zgodziła się na tę imprezę 11 listopada. Prezydent Tarnowa obiecał, że do końca swojej kadencji będzie nas wspierał finansowo, co jest wyjątkowo miłe.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz