TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Robert Motyka: to wciąż jest dla nas hobby

400x300

Robert Motyka podczas występu na festiwalu opolskim (fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP)

– Kiedy się spotykamy z publicznością to ludzie mówią nam, że jest w nas naturalność i taka prawdziwa energia. Jest to nasz świadomy wybór i głównie na tym opieramy spektakl. Jest to zawsze robione na 100 procent. Nie przywiązujemy uwagi, żeby tylko dobrze zagrać skecze od A do Z. Chcemy, żeby od początku do końca widz miał takie wrażenie, że współuczestniczy w tym spektaklu – mówi Robert Motyka z kabaretu Paranienormalni, który wystąpi na Świętokrzyskiej Gali Kabaretowej 2014 w Kielcach.

Widziałem właśnie w internecie Wasze zdjęcie z jakiegoś nocnego występu…

– Ja prowadzę naszego Facebooka i staram się wrzucać jakieś zdjęcia obrazujące nie tylko to, kiedy i gdzie gramy, ale także pokazujące nas nieco od kuchni. Jeśli chodzi o nocne, czy wieczorne granie to właśnie zakończyliśmy pierwszy etap trasy Baltic Tour 2014, potem kilka dni przerwy i powrót nad morze. Tam te wieczorne występy tak się układają, że zwykle spektakl kończymy spektakl około godziny 23, potem jeszcze przez godzinę podpisujemy autografy i robimy sobie zdjęcia z fanami. Po północy, a czasami później wracamy do hotelu, kładziemy się spać. Następnego dnia chwila, żeby zjeść śniadanie, popracować nad nowymi rzeczami i znowu jedziemy do następnego miejsca. Tak to zwykle wygląda w lipcu i sierpniu. A te nadmorskie sytuacje bardzo zresztą lubimy.
 
Zauważyłem, że większość kabaretów wykorzystuje Facebook do informowania o swoich występach i kontaktowania się z fanami…

– No tak, bo Facebook jest takim narzędziem, który właśnie do tego służy. Właśnie do kontaktu z fanami i najlepiej jeśli to działa w obie strony. Publikujemy pewne rzeczy, które sami robimy – jakieś filmy, zdjęcia, zabawy, konkursy z nagrodami. Ważne jest, żeby to był dialog. Zresztą nasi fani się tego domagają. Jeśli zdarzy mi się coś przeoczyć to później siedzę wieczorami i nadrabiam – wysyłam maile, odpisuję na jakieś pytania, przesyłam komuś linki, poinformować kiedy będziemy w jakiejś miejscowości.

W tym roku przypada 10. rocznica powstania kabaretu Paranienormalni. Czy planujecie jakieś specjalne występy jubileuszowe?

– Po zakończeniu trasy nadmorskiej przygotowujemy bardzo dużą imprezę pt. „Dziesięciolecie”. Zagramy w dziesięciu największych miastach Polski, w największych obiektach – będą to filharmonie, teatry i opery. To wszystko zakończy się w listopadzie nagraniem telewizyjnym w teatrze w Cieszynie. Będą zaproszeni specjalni goście. Będzie to taki „The Best of” z niespodziankami. Będą też oczywiście także premierowe skecze. Cały czas jeszcze dopinamy tę imprezę, a będziemy się starali zaskoczyć widza tym, czego jeszcze w kabarecie nie było. Te nasze spektakle z okazji 10-lecia już są zakontraktowane, bilety są już sprzedawane.
Adam Małczyk z Formacji Chatelet powiedział o Was: „jest to taka petarda kabaretowa, która zapełni każdą salę i każdy amfiteatr”. Nie potrafił precyzyjnie określić na czym polega Wasz fenomen i dlaczego widzowie Was uwielbiają. Czy mógłby Pan spróbować wyjaśnić tę kwestię?

– Trudno mi oczywiście mówić za widzów. Kiedy się jednak spotykamy z publicznością to ludzie mówią nam, że jest w nas naturalność i taka prawdziwa energia. Jest to nasz świadomy wybór i głównie na tym opieramy spektakl. Jest to zawsze robione na 100 procent. Nie przywiązujemy uwagi, żeby tylko dobrze zagrać skecze od A do Z. Chcemy, żeby od początku do końca widz miał takie wrażenie, że współuczestniczy w tym spektaklu. My od początku z widzem nawiązujemy dialog, rozmawiamy z nim. Nie jesteśmy obojętni na to co się dzieje na Sali. Jeśli ktoś wstaje to od razu do niego mówimy: „gdzie idziesz?”. Staje się to elementem show. Widz nie jest czwartą ścianą tylko rzeczywiście uczestniczy w tym. W środku występu jest bardzo dużo takiego podwojonego stand-upu, czyli ja i Igor wychodzimy i rozmawiamy z ludźmi. Chyba to jest powód, dlaczego widzowie tak nas lubią i często wracają na nasze spektakle.

Pan z Igorem Kwiatkowskim świetnie uzupełniacie się na estradzie na zasadzie przeciwieństw. Igor jest bardzo żywiołowy, często niewyraźnie mówi, pojawia się w dziwnych strojach. Pan z kolei jest stonowany, nienagannie ubrany, wypowiadający swoje kwestie głosem radiowca. W 2008 roku uzupełniliście skład zespołu o Michała Paszczyka…

– Najważniejszą myślą, która nam przyświecała był rozwój. W pewnym momencie robienie kabaretu i pisanie skeczów na dwie osoby staje się mało rozwojowe. Doszliśmy, myślę, do ściany i stawało się monotonne i trochę nudne również dla nas. Szukaliśmy trzeciej osoby, która by wprowadziła trochę innej barwy. Przyszedł Michał, dotarliśmy się i został. Zupełnie inaczej się pracuje, we trzech piszemy skecze, na trójkę piszemy skecze. Zresztą co trzy głowy to nie dwie.
A co pokażecie podczas Gali w Kielcach. Jest to taki specyficzny kabareton, taki podsumowujący sezon wakacyjny…

– Świętokrzyska Gala Kabaretowa w Kielcach charakteryzuje się tym, że kabarety pokazują raczej hity lata, chociaż też i premiery. My też przedstawimy tam nasz hitowy skecz, który był bardzo dobrze odbierany przez publiczność. A jako premierę pokażemy piosenkę wakacyjną, której jeszcze nie było ani w telewizji, ani w internecie. Może zabrzmi to nieskromnie, ale ta piosenka strasznie się podoba i nam, i publiczności. Stała się ona swoistym hymnem naszej trasy nad morzem. „Jadę na wakacje” to taka słodko-gorzka piosenka o tym, co czujemy planując wyjazd na wakacje, pokazujemy różne sytuacje związane z podróżą i co zastajemy nad Bałtykiem po tej całej wycieczce z rodziną w samochodzie. Jest to takie z przymrużeniem oka, z uśmiechem trochę przez łzy, ale z wesołą puentą.

Jak szybko udało się Wam uzyskać status zawodowców? Chodzi mi o to, kiedy te występy stały się głównym zajęciem i głównym źródłem zarobkowania…

– To wciąż jest dla nas hobby. Zakładając kabaret nie kierowaliśmy się nigdy chęcią zarobku. Nawet kiedy udało nam się grać imprezy, za które dostajemy pieniądze one nigdy nie miały dla nas głównego znaczenia. Teraz rzeczywiście jesteśmy w stanie zapełnić sale, nasz kabaret cieszy się jakąś popularnością i ma swoich fanów. Najważniejsze jest dla nas, żeby zrobić dobry skecz, utrzymywać dobrą atmosferę w zespole, że się rozwijać, żeby sięgać po nowe projekty, żeby poznawać nowych ludzi, żeby pisać nowe scenariusze, kręcić nowe filmy, otwierać kolejne kanały w internecie. O zawodowstwie myślę właśnie pod tym kątem, a nie pod kątem zarabiania kasy. My w zespole zgadzamy się, że dopóki będziemy czerpać z tego absolutnie szczerą radość z robienia kabaretu będzie to miało sens. Jeżeli byśmy mieli przejść na zawodowstwo w rozumieniu zarabiania pieniędzy to wtedy jest to prosta droga do tego, żeby się pokłócić, strzelić focha i powiedzieć sobie „cześć”.

Miał Pan w swoim życiu czas heroiczny, kiedy jednocześnie pracował Pan w radiu i występował w kabarecie. Rozumiem jednak, że to radio cały czas Panu w duszy gra…

– Radio mi się śni po nocach. Są to złe sny, bo przychodzę na jakieś przyjęcia do radia, siadam za stołem mikserskim i nie potrafię go obsłużyć. Mam cały czas mnóstwo znajomych, którzy pracują w radiu i oni mnie namawiają do powrotu – być może do jednej audycji, która byłaby raz w tygodniu. Teraz mamy dużo pracy związanej z kabaretem, ale to radio jest gdzieś z tyłu i myślę, że może przyjść taki moment, że wrócę do radia.

Igor jest z zawodu kucharzem. Czy zdarza się, że coś uwarzy do jedzenia dla ekipy?

– My rzadko bywamy w takich okolicznościach, że trzeba robić jeść. Rzeczywiście jest kucharzem i ta zdolność jego kucharzenia bardzo się rozwinęła. Jeszcze kilka lat temu, kiedy się spotykaliśmy z Igorem to on gotował, a jego potrawy były smaczne, ale proste. Teraz Igor potrafi przygotować fantastyczne potrawy – od polędwicy po jakiegoś dorsza w ziołach. A przede wszystkim pięknie o nich mówi. Zawsze, gdy jesteśmy w restauracji i potrawy wjeżdżają na stół to on o nich opowiada. I to jak.

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz