TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Mikołaj Cieślak: teraz humor jest szybszy

400x300

Mikołaj Cieślak (fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP)

– W ogóle my dowcipy polityczne rzadko stosujemy – są tylko w tych posiedzeniach rządu – bo one się szybko dezaktualizują. Nawet z godziny na godzinę, a już po miesiącu może być nie wiadomo kim był ten człowiek. My chcemy mieć numery, które możemy grać przez 2-3 lata, a może dłużej – mówi Mikołaj Cieślak z Kabaretu Moralnego Niepokoju, który wystąpi w Wakacjach z Kabaretem – Szczecin 2014.

Razem z Robertem Górskim brał Pan udział w produkcji TVP – sitcomie „Słodkie życie”. Niezależnie od dalszych losów tego projektu trzeba stwierdzić, że każde doświadczenie człowieka ubogaca. Jakie są Pana wrażenia?

– Wrażenia są kapitalne. Nauczyliśmy się wielu rzeczy. Jest troszkę inna działka, chociaż temu samemu służy, czyli rozbawianiu publiczności. Dla nas to była ogromna nauka i nie jest to ostatnia taka rzecz, którą podejmiemy. Jeśli nie byłoby kontynuacji „Słodkiego życia” to na pewno podejmiemy inne rzeczy w tym kierunku, już wzbogaceni o to doświadczenie, które mieliśmy tutaj.
 
Jeśli chodzi o teksty pisane dla kabaretu to wszystko należy do Roberta Górskiego?

– Robert Górski pisze teksty skeczy. W graniu poszczególne kwestie są dopowiadane, natomiast zasadniczo pomysł i taki bazowy tekst szkieletowy daje Robert. Jeżeli piszemy we trzech z Przemkiem Borkowskim to chodzi o piosenki.
 
Obecnie takich stricte literackich kabaretów już nie ma. Ale Wy jesteście mocno zakorzenieni w polonistyce…

– Nie jest to, stosując kategorie literackie, polonistyczne w sensie dosłownym, kabaret literacki w sensie dosłownym. Takiego kabaretu już pewnie nie ma. To jest też kwestia czasu. Teraz nikt już nie jeździ np. na bicyklu. Wszystko się zmienia. Literackość, czy raczej tekstowość, polega na tym, że każdy z naszych skeczy jest napisany i grany. Nie jest wymyślany i nie jest zlepkiem jakichś grepsów – nie jest tak, że siada sześć osób i każdy coś tam dorzuca od siebie. Tu opieramy się na tekście napisanym, modyfikowanym oczywiście w graniu. Ten tekst jest jednak istotny, a piosenki to jest jakby osobna sytuacja. W każdym programie są dwie, trzy, cztery piosenki i dbamy o tę tekstowość. Wydaliśmy płytę złożoną z naszych piosenek, takich literackich.
Mieliście problemy z odbiorem przez widzów tej literackości. Bywało tak na imprezach dla studentów, ale i debiut opolski nie spotkał się z aplauzem publiczności…

– Troszkę, że tak powiem, postawiło to nas do pionu, jeżeli chodzi o uprawianie sztuki i literatury w kabarecie. Może to nie jest po prostu czas, albo my tego nie potrafimy robić, czy też nie chcemy. Fajną rzeczą jest to, że ludzie się śmieją. To jest ogromna przyjemność dla wykonawcy. Staramy się to robić z klasą i na poziomie. Natomiast nie zawsze uda się zrobić takie stopniowanie nastroju, że po śmiesznym skeczu uda się wejść z piosenką liryczną i zadumaną – wprowadzić ludzi w inny klimat i potem wejść znowu ze śmiesznym skeczem. To by była za duża huśtawka nastrojów i emocji. Staramy się to raczej płynnie prowadzić.

Co Pan sądzi o wyprawach wielu kabareciarzy w krainę stand-upu. To, co usłyszeliśmy na taśmach z podsłuchów, jeśli chodzi o nasycenie wyrazistymi słowami, to pikuś mały przy wyczynach stand-uperów…

– Jest to po prostu inna forma. Dla mnie ze stand-upem jest trochę jak z rapem. Jest to przeszczepione z Zachodu, głównie z USA, i trzeba pamiętać, żeby nadawać mu własny charakter, własny ton. Jeśli ktoś to potrafi to mi się to podoba. Natomiast nie podoba mi się, że czasem jest to takie mechaniczne przenoszenie – czyli musi być, przepraszam, „kurwa”, „dupa”, „gówno” i czasem coś za tym idzie, a czasem nie. To mnie denerwuje. Chodzi o to, że może być ten bit – te przekleństwa i mówienie o obrzydliwych rzeczach, ale też musi to być śmieszne i inteligentnie wymyślone. Samo przeklinanie nie wystarczy, chociaż na początku ludzie się mogą tym podniecać, że można przeklinać na scenie.

Są występy, które nazywane są roastami, takie antybenefisy…


– Tak. Niektóre roasty są to inteligentne docinki, natomiast niektóre są po prostu wulgarne. I tylko takie. I wtedy to mi przeszkadza.
Takie występy są dalekie od tego, co robi np. Andrzej Poniedzielski…

– Andrzej Poniedzielski potrafi przekląć, potrafi powiedzieć wulgarną rzecz, ale to wszystko jest śmieszne i smaczne.

Nawiązując do tych wulgaryzmów, które pojawiają się także słynnych taśmach z podsłuchu. Co przedstawicie w Szczecinie?

– Będą na pewno posiedzenia rządu, będzie wręczanie medali i zagramy taki jeden kontrowersyjny skecz o gangsterach.

Wydaje się, że jeśli chodzi o sprawy podsłuchów to ta sytuacja cały czas się dzieje…

– W ogóle my dowcipy polityczne rzadko stosujemy – są tylko w tych posiedzeniach rządu – bo one się szybko dezaktualizują. Nawet z godziny na godzinę, a już po miesiącu może być nie wiadomo kim był ten człowiek. My chcemy mieć numery, które możemy grać przez 2-3 lata, a może dłużej.

W tym roku w Szczecinie wystąpi dwójka laureatów festiwalu PAKA – Sakreble i Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn z Olą. Wiem, że oni poza występami zajmują się zarobkowo czymś innym. Czy wiele jest kabaretów, które żyją z samego kabaretu?

– Myślę, że sporo. Może kilkanaście, natomiast nie jest to tak, że zaraz po wygraniu PAKI wszystko się zmienia. Zdarzyło się to chyba tylko Irkowi Krosnemu i Ani Mru Mru. Ja, Robert i Rafał dość długo pracowaliśmy w agencjach reklamowych. Dopiero po 6, czy 8 latach zaczęliśmy utrzymywać się z kabaretu.
 
Więc jakby ktoś powiedział, że to łatwy chleb to jest nieprawda?

– To się teraz tak wydaje. Ale przez 6-7 lat ja pracowałem na trzech etatach. Wychodziłem z pracy o 15.00, jechałem na występy do Gdańska, wracałem o 3.00, a na 8.00 stawiałem się do pracy. Potem bywa lżej. Nie wolno jednak oczekiwać, że to się zdarzy szybko. Zresztą dla nas kabaret nie był sposobem na zarabianie pieniędzy. Potem dopiero przyszły pieniądze.

A jak się zmieniło poczucie humoru, w czasie trwania Waszego kabaretu?

– Teraz humor jest szybszy. Trzeba więcej żartów, czasem bardziej dosadnie. Mniej ciszy, mniej pauzy. Teraz wszystko pędzi, jest pośpiech, dużo emocji. To też wymusza, bo nie da się zrobić skeczu na 10 minut gdzie padają trzy śmieszne kwestie. Czasem w programie pozwalamy sobie na takie spokojniejsze skecze, ale jak jest zbiorówka to musi być gęste. I my nie zamierzamy z tym walczyć.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz